Издателство
:. Издателство LiterNet  Електронни книги: Условия за публикуване
Медии
:. Електронно списание LiterNet  Електронно списание: Условия за публикуване
:. Електронно списание БЕЛ
:. Културни новини   Kултурни новини: условия за публикуване  Новини за култура: RSS абонамент!  Новини за култура във Facebook!  Новини за култура в Туитър
:. Книгомрежа  Анотации на нови книги: RSS абонамент!
Каталози
:. По дати : Октомври  Издателство & списание LiterNet - абонамент за нови публикации  Нови публикации на LiterNet във Facebook!  Нови публикации на LiterNet в Twitter!
:. Електронни книги
:. Раздели / Рубрики
:. Автори
:. Критика за авторите
Книжарници
:. Книжен пазар  Книжарница за стари книги Книжен пазар: нови книги  Стари и антикварни книги от Книжен пазар във Facebook Нови публикации на Книжен пазар в Twitter!
:. Книгосвят: сравни цени  Среавни цени с Книгосвят във Facebook!
:. Книги втора ръка  Книги за четене Варна
:. Bücher Amazon
:. Amazon Livres
Магазини и продукти
:. Fantasy & Science Fiction
:. Littérature sentimentale
Ресурси
:. Каталог за култура
:. Артзона
:. Образование по БЕЛ
За нас
:. Всичко за LiterNet
Настройки: Разшири Стесни | Уголеми Умали | Потъмни | Стандартни

MARCIN

Joanna Usarek

web

Nie można być dobrym. Można tylko kochać i żyć na miarę tego, co się pokochało..

Siedzę nad tą pustą kartką już od kilkunastu minut i po prostu nie wiem, od czego zacząć. Już na samą myśl, że mam formułować jakieś myśli, czuję się tak śmiertelnie znużony, że najchętniej rzuciłbym się na łóżko i zasnął. Ale prędzej czy później i tak będę musiał Ci to wszystko powiedzieć, bo ani sam nie zaznam spokoju, ani jak widać, Ty mi go nie dasz. Zrozum, ja mam jedno uczucie - że jestem śmiertelnie znużony.

Gdyby obliczyć cały ten wysiłek, jaki bez Twojej pomocy musiałbym wkładać codziennie w podstawowe formy przemieszczania się, takie jak: z wózka na wózek, z boku na bok, z pleców na brzuch i, powiedzmy, jeszcze parę innych, sądzę, że dorównałbym górnikowi na przodku. Zresztą bez Ciebie w ogóle bym nie wyrobił. Jednym ruchem potrafisz zaoszczędzić mi tyle męki, wprost trudno mi w to uwierzyć. Tak bardzo wrosłem już w ten trud, którym muszę okupić każdy drobiazg. Czasem leżę, rzucony na łóżko jak szmata, i budzi we mnie sprzeciw już sama myśl, że miałbym się jakoś podnieść. Kiedy podchodzisz do mnie w takiej chwili, ja jeden wiem, czym są dla mnie Twoje ręce.

A przecież ta mordercza walka z własnym ciałem wyczerpuje mnie nie tylko fizycznie. Bolesna jest już sama świadomość własnej bezradności, niezdarności, wreszcie nawet braku estetyki w tym wszystkim. Męczą mnie już same słowa, którymi trzeba to wszystko nazywać - dźwignąć się, wesprzeć, przesunąć, podciągnąć, że już daruję sobie inne. Często myślę, że gdybyś chciała opowiedzieć swoim koleżankom z uczelni o tym, co musisz codziennie ze mną przeżywać, one nie chciałyby tego nawet wysłuchać. A gdybyś chciała opowiedzieć im to ze szczegółami, poczytałyby Ci to za nietakt.

Poza tym jest jeszcze ta sprawa, że nie jestem już taki odporny na ból, jak byłem kiedyś. Znasz mnie przecież od tej strony. Sama kiedyś powiedziałaś, nawet pamiętam kiedy i do kogo, że "dopóki Andrzejowi ręki nie urwie, nie zauważy". Miałaś wtedy ze trzynaście lat, moja Ty Jasnowidząca Główko. Ale teraz, po tym wszystkim co przeszedłem, jest już, niestety, inaczej. Ja po prostu odruchowo już cofam się przed bólem, zanim on jeszcze nastąpi. O ile w ogóle mam się gdzie wycofać. Stale mnie napieprza kręgosłup, i kikuty, i wszystko. Wszystko mam dokładnie pojebane, sama wiesz. Nie chodzi o to, że się skarżę - jest jak jest, i jeszcze się jakoś trzymam - ale chciałbym, żebyś to sobie uświadomiła i nie wymagała ode mnie zbyt wiele. Nadal chcesz mnie widzieć tym, kim byłem dawniej. Bóg jeden wie, jak chciałbym temu sprostać, ale po prostu nie potrafię, nie mam na to siły. Nie traktuj mnie, jak okaleczonego bohatera, bo naprawdę nim nie jestem. Jestem beznogi, bezręki, bezradny, bezsilny, bezczynny i tak już ma zostać. Tęsknię za górami, za pracą, za wysiłkiem fizycznym, który miałby jakiś sens, za tym, żeby sobie trochę postać, że już nie ośmielę się powiedzieć, pochodzić. Za tym, żeby ktoś dostrzegł we mnie może coś więcej, niż dodatek do tego wózka... Tak, Kochanie. Nie mam wygórowanych wymagań. A przecież... co może być moją jedyną realną tęsknotą, sama możesz się domyślić.

A to przecież dopiero jeden aspekt całej sprawy. Dodaj do tego jeszcze taką rzecz, jak świadomość, że jestem Ci ciężarem. I nie zaprzeczaj - bo jestem. W najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu. Wiem, że sama tak może tego nie czujesz, ale mnie się chce płakać, kiedy myślę o tym, jak dźwigasz te moje strzępy. A to, że, jak piszesz, sam też "podcierałem Ci dupę w dzieciństwie", jakoś mnie mało pociesza. Twoje "Olej to, szczaj, gdzie ci wypadnie!" również nie jest szczególnie pocieszające. Ale za to bardzo kochane. Dobrze, możesz mi to powiesić nad łóżkiem, a nuż coś rzeczywiście pomoże.

Ale nie chodzi tylko o takie sprawy, kiedy mówię, że Ci jestem ciężarem. Sam jestem, w pewnym sensie, bardziej obojętny na swoje kalectwo, niż Ty jesteś. Naprawdę. Widzę przecież, jak na mnie patrzysz i wiem, co czujesz. Zawsze wiedziałem, ale teraz zyskałem chyba jakiś dar telepatii, bo po prostu widzę Twoje myśli i widzę, co czujesz bez pośrednictwa jakiegokolwiek wnioskowania. I wiem, że często czujesz się tak, jakbyś sama siedziała na tym wózku. To mnie dobija psychicznie, bo ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął, jest to, żebyś identyfikowała się ze mną w taki sposób. Po prostu zabraniam Ci to robić! Obawiam się tylko, że mogę Ci zabraniać do oporu. Ale naprawdę, bardzo mnie to martwi. Boję się, że możesz potem do końca życia nie uwolnić się od jakichś przykrych wizji.

Co mnie pociesza, to Twój optymizm. Traktujesz mnie traktatem o zbawiennym wpływie gimnastyki na życie człowieka i tak dalej. Aż się roześmiałem, kiedy to czytałem. Zupełnie jakbym słyszał naszą Bunię z jej przemówieniami na temat dyscypliny, woli i konieczności mycia się w zimnej wodzie. Marcinku, okazuje się jednak, że jesteś nieodrodną wnuczką własnej babci! Ale nie zapominaj o tym, że i ja wyszedłem z tej samej szkoły. Doceniam Twoje intencje, ale ja się Ciebie zapytowywuję, czym właściwie ja mam robić tę gimnastykę? Nie brakuje mi woli. Po prostu - pozwoliłem sobie na komfort nierobienia z siebie małpy. Dość robię za małpę, kiedy przesiadam się na wózek. I w paru innych powtarzających się codziennie sytuacjach. Nie chcę pełzać jak robak po dywanie, to nic nie da. A Tobie ten widok też nie sprawia chyba przyjemności. Wiesz, że nie boję się wysiłku. A jeśli masz co do tego wątpliwości, to przysięgam Ci, że gotów byłbym ćwiczyć przez cały boży dzień, gdybym mógł dzięki temu uwolnić Cię, na przykład, od trudu pomagania mi w łazience, lub odciążyć Cię w jakikolwiek inny sposób. Czy w ogóle, cokolwiek więcej ze sobą zrobić. Ale sama wiesz, jak to ze mną jest. Jestem Guliwerem w Kraju Twoich Dobrych Rąk - bez Ciebie utonąłbym w swoim własnym gównie. Pozwól więc, że nie będę jednak robił tej gimnastyki.

Piszesz, że się zmieniłem, że nie chcesz, żebym miał te "odjazdy" itd. Kochanie, jakże mogłem się nie zmienić, skoro wszystko tak bardzo się zmieniło? Zmieniła się relacja między mną a przedmiotami, między mną a innymi ludźmi, między mną a życiem w ogóle. Zresztą, czy naprawdę aż tak bardzo się zmieniłem? Obawiam się, że rzecz cała polega raczej na tym, że nie chcę i nie potrafię się zmienić. A że mam te, jak to nazywasz, "odjazdy"? Jest to raczej jeden wielki totalny odjazd, nie uważasz?

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem Twój list (zabawna jest ta Twoja korespondencja przez ścianę), miałem ochotę zawołać Cię i powiedzieć: Marcin, czego Ty jeszcze ode mnie chcesz? Co ja Ci właściwie mam takiego powiedzieć? Czy chcesz, żebym się przed Tobą kompletnie wypatroszył? A co to da. Ani mnie, ani Tobie nie będzie od tego lżej. A poza tym to jest jak z rzyganiem. Może i miałbym ochotę się wyrzygać, ale nie mam czym. Cały ten syf wszedł mi już w krew. Nic co powiem, nie odda tego, co czuję, a masz rację, nie potrafię ani płakać, ani wyć. Chciałbym, ale nie potrafię, szczególnie wobec Ciebie. Zresztą, co by to zmieniło. A poza tym, wierz mi, że czasem nie czuję dokładnie nic.

Więc na co Ty jeszcze czekasz? Wyjdź wreszcie z tej zadymionej klatki, odetchnij kilka razy świeżym powietrzem i zobacz, że świat się jeszcze nie skończył. Albo zadzwoń do jakiegoś kumpla i idźcie sobie razem na piwo, czy gdzie chcecie. Nie siedź tu przy mnie, przestań kontemplować ten mój żałosny odwłok, zapomnij choć na chwilę, że ja w ogóle jestem! Jesteś młoda, jesteś śliczna. Przeraża mnie myśl, że zagrzebujesz się tu ze mną w tym grobie. Przecież widzę, co się z Tobą dzieje. I nie wiem, kto tu bardziej potrzebuje pomocy - ja czy Ty. Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, musisz najpierw pomóc sama sobie, a to znaczy stanąć na swoich własnych nogach i przestać stale się na mnie oglądać.

Parę dni temu, przeglądając stare papiery, znalazłem list, który napisałaś do mnie kiedyś z wakacji. Piszesz, że śniła Ci się wielka straszna stodoła, a Ty byłaś pieskiem, czy coś takiego, i ktoś Cię chyba gonił, czy przestraszył. I że biegłaś do mnie z rozwianymi uszami, oglądając się i poszczekując za siebie, pewna, że ja Cię obronię. I tak sobie pomyślałem, że minęło tyle lat od tamtej chwili, a Ty nadal biegniesz do mnie z tymi "rozwianymi uszami", w życiu, które, bardziej niż kiedykolwiek, jest dziś wielką i straszną stodołą. Szczerze mówiąc kiedy na to patrzę, ogarnia mnie coś pośredniego między wzruszeniem a irytacją.

Wybacz. Wiem, że jest Ci cholernie ciężko. Wiem i rozumiem dużo więcej, niż jestem w stanie wyrazić słowami. Czasem wydaje mi się, że w ogóle wiem wszystko o wszystkim. Ale, niestety, nie potrafię Ci tego przekazać. Zresztą nie wiem, czy niestety. Jest to wiedza, której nie dostaje się za darmo. I nie zawsze warta jest swojej ceny.

Pytasz mnie, czy Cię kocham. To już chyba gorzej niż źle. Kiedy byłaś mała, potrafiłaś mi zadawać to pytanie po kilka razy dziennie. Mam już tak wyćwiczoną odpowiedź, że trudno by mi się było pomylić. Ja Cię nie tylko kocham, Marcin - ja się czuję za Ciebie odpowiedzialny. O ile to w ogóle da się rozgraniczyć. Właśnie dlatego, że wiem, że jestem dla Ciebie nie tylko bratem, ale, jak sama piszesz, "ojcem, matką i jedynym prawdziwym przyjacielem". Ale dodaj do tego jeszcze dziadka i babcię, a zdystansujesz wkrótce cały ten sławny serial o krokodylu. Musisz, niestety, uświadomić sobie, że nie jestem dla Ciebie żadnym "całym światem". Ani ja dla Ciebie, ani Ty dla mnie. Wiem, że jestem niezwykły, niekonwencjonalny, wybitnie przystojny i, w dodatku wyjątkowo atrakcyjny, bo wymagam szczególnej opieki, ale - wybacz - czas już wreszcie przeciąć tę pępowinę. Pewne układy skończyły się nieodwracalnie, a poza tym, za dużo tych wszystkich ról na moją jedną głowę.

Bardzo serdecznie Cię proszę, naprawdę, bardzo szczerze Cię proszę, nie oglądaj się na mnie. Nie powiem: rób, co Ci serce dyktuje, bo serce Ci się każe obejrzeć. Ale umówmy się - pominąwszy to, z czym sobie fizycznie nie radzę, to znaczy pominąwszy te drobne tysiąc rzeczy - moje życie i moje kalectwo to jest moja sprawa. I nie myśl za dużo o tym, co ja czuję, jak ja się czuję itd. Albo z góry sobie załóż, że się czuję chujowo i nie zawracaj sobie tym więcej głowy. Proszę, abyś wzięła sobie do serca to, co mówię. Może nie być mi łatwo to powtórzyć. Wszystko to nie jest takie proste niestety.

Skończę na tym, bo już nie mogę wyrobić, muszę się położyć. Chciałbym coś jeszcze dopisać, skoro już w ogóle do tego doszło, ale nie mogę już dłużej siedzieć. Dziękuję Ci za to, że zmusiłaś mnie do napisania tego listu. Jesteś mądra. Jesteś mądra i bardzo kochana. Wzrusza mnie ta ogromna desperacja, z jaką próbujesz poderwać mnie do życia, ale często moim jedynym pragnieniem jest, żebyś zostawiła mnie w spokoju, nie zmuszała mnie już więcej do żadnego wysiłku, żebyś pozwoliła mi wreszcie odwrócić się od samego siebie.

Nie mam siły czytać tego, co napisałem, ani tym bardziej poprawiać błędów. Przepraszam. Strasznie to wszystko wygląda, ale ręka mi drętwieje przy tej maszynie. Mam nadzieję, że jakoś to odczytasz.

 

P.S. Na krótko przed tym wszystkim byliśmy z Baśką w M. i stanęliśmy w kolejce po piwo. Czekaliśmy długo, bo przed nami było chyba z pięćdziesiąt osób. Nagle Baśka powiedziała: "Zobacz". Spojrzałem i zobaczyłem młodego człowieka z potwornie zniekształconą twarzą. Była to twarz nie tylko pokryta bliznami, ale taka, która w ogóle nie zachowała rysów. Jedna jej połowa była jakby rozlana, druga ściągnięta i asymetryczna. Gdzieś w tym wszystkim, na różnej wysokości, pływały oczy. Byliśmy wstrząśnięci. Baśka powiedziała: "Boże. Nie ma chyba filozofii, która mogłaby pomóc człowiekowi w takiej sytuacji". (Ja jej się nie dziwię! Już kto jak kto, ale ona nie zna na pewno takiej filozofii!) Dziś często przypomina mi się ta scena i przychodzą mi do głowy różne myśli. I stają mi przed oczami słowa z wiersza Lorki, z tego zbiorku, który podarowałaś mi kiedyś na urodziny: Drwalu, ulżyj mej męce. Odrąb mój cień ode mnie, bym bez owoców nie widział się więcej!

 

 

Poleżałem parę godzin i zwlokłem się jednak jeszcze raz do tej maszyny, żeby powiedzieć już wszystko do końca. Nie zrobiłem tego od razu, bo nie miałem na to odwagi. Nie miałem odwagi być wobec Ciebie aż tak brutalny. Ale teraz poczułem, że jeśli nie powiem tego właśnie teraz, to może nigdy już nie będzie mnie na to stać - i mogę już nie zdążyć Ci tego powiedzieć.

Wybacz brutalność tych słów, ale wreszcie cóż może być brutalniejszego niż samo życie.

Marcin, pomyśl! Jestem odarty totalnie ze wszystkiego. Jestem żywcem wypreparowany z życia.

Musisz, musisz zechcieć mnie zrozumieć. Ja mam jedną jeszcze tylko sprawę na tym świecie - przekonać Cię, że ja już do tego świata nie należę. I że mam prawo sam dokonać wyboru. Nie proszę Cię o Twoją zgodę. Ani nie muszę Cię o nią prosić, ani nie ośmieliłbym się obciążyć Cię w podobny sposób. Proszę, abyś to zrozumiała i wybaczyła. Bo wiem, że jeśli mi tego nie wybaczysz, nie będziesz mogła z tym żyć. Dlatego nie chcę, nie mogę załatwiać tego za Twoimi plecami. Choć może byłoby to łatwiejsze. Łatwiejsze w jakiś sposób dla nas obojga. Ale wiem, ile dla Ciebie znaczę. I Ty wiesz, ile znaczysz dla mnie. Więc jestem Ci to po prostu winny. Jesteśmy to sobie wzajemnie winni!

Nigdy nie robiłem sobie złudzeń, że będzie mi dane wrócić do tak zwanego normalnego życia. Ale nie myślałem, jednak nie myślałem, że wszystko to będzie wyglądać właśnie tak! Umiałbym pogodzić się nawet z kalectwem, gdyby pozostawiło mi jakąś szansę. (I gdyby ludzie pozostawili mi jakąś szansę!) Gdybym mógł chociaż chodzić o kulach, gdybym miał chociaż obie ręce. Chociaż! Mój Boże, co ja mówię. Wystarczyłoby mi dużo mniej. Ja się czasem sam siebie przerażam, jak żałosne jest to "mniej", o którym marzę.

Kiedy byłem jeszcze w szpitalu, zazdrościłem chłopakowi, który jak ja, był po amputacji obu ud. On mógł walczyć jeszcze o jakąś godną przyszłość. Ja - srałem wtedy i szczałem pod siebie, i bezradnie wspierałem się na ramionach młodych kobiet, które sam chętnie wziąłbym w ramiona. Zastanawiałem się, czym może być piekło, jeśli to co przeżywałem, nazywało się życiem. Gdyby nie Ty, dawno już bym ze sobą skończył. Kiedy patrzyłem na siebie oczami innych ludzi, czułem, że nie mam już płci, nie mam przeszłości! Że jestem niczym - i niczym pozostanę. Patrzyli na mnie z litością. Nie ze współczuciem - a z litością i zgrozą. Zresztą - co to za różnica. Jak ten dziadek, który powiedział Ci wtedy na korytarzu, że lepiej dla mnie byłoby, gdybym w ogóle z tego nie wyszedł. Albo to, co powiedziała ta ckliwa idiotka: że jestem "samą duszą", ale za to "jaką piękną"! Myślałem, że się porzygam. Patrzyli na mnie, jakbym przestał być człowiekiem. A przecież, każdego z nich, w każdej chwili, mogło spotkać to samo. Wydawali na mnie wyrok. Nie wiedząc, że wydają go sami na siebie!

Jesteś jedynym człowiekiem, który po tym wszystkim potrafił zwyczajnie spojrzeć mi w oczy. Ileż to ja tych oczu widziałem umykających wstydliwie przed moim wzrokiem! Ile razy miałem okazję obserwować tę farsę, jaką grają przede mną inni ludzie. Tę ich sztuczną swobodę i źle ukrywane zakłopotanie, wszystkie te kiepskie chwyty, służące ukryciu tego, co się naprawdę czuje. Zastanawiałem się, co oni właściwie chcą ukryć i przed kim, grając w tę grę, przejrzystą dla pięcioletniego dziecka. Skąd się bierze to ich skrępowanie i uczucie zawstydzenia? I zrozumiałem, że tym, co chcą ukryć tak wstydliwie, jest ich własne kalectwo. To, że są niemi i ślepi.

Ale my nie jesteśmy ani niemi, ani ślepi. My nie musimy grać przed sobą w żadne gry. Kocham Cię, Marcin. I dlatego ośmielam Ci się powiedzieć: Nie mam siły już dłużej tego ciągnąć! Może jest w tym jakaś niedojrzałość, ale - nie mam już na to siły. Kiedy patrzę w tak zwaną przyszłość, widzę przed sobą tylko nieskończenie długi ciąg dni, wypełnionych borykaniem się z własną fizjologią. I z własną zranioną duszą. Nie potrafię się z tym pogodzić. Wiem, że są ludzie, którzy to potrafią, ale ja widocznie do nich nie należę. Nie mam dość pokory, aby się z tym wszystkim pogodzić. I nie mam dość pokory, aby przyjąć wątpliwy dar przeżycia tych dni - za cenę Twojego życia! Bóg mi wybaczy - to jego zawód, jak to ktoś powiedział. Nie dbam zresztą o jego wybaczenie. Pragnę, abyś TY mi wybaczyła.

I wiem, że Ci tego nie ułatwiam tym listem, ale chciałbym, żebyś nie traktowała tego wszystkiego jako coś szczególnie dramatycznego. Dramatyczne są tylko nasze uczucia, naprawdę nic więcej. A nasze uczucia też są sprawą umowną. Pomyśl sobie - każde życie musi się kiedyś skończyć. I właściwie, co za różnica? Co za różnica, czy ja jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat będę się męczył na tym wózku? Obrażając czyjeś i własne poczucie sensu życia.

Ja uważam swoje życie za dobre. Naprawdę. Miałem Ciebie i to było naprawdę OK. Miałem góry, miałem konie. Miałem tych parę dziewczyn. Byłem bardziej niezależny niż większość ludzi, których znam. Chyba tylko Ty mi dorównujesz pod tym względem, mój Ty Nieustraszony Żołnierzyku. Mimo wszystko. Mimo wszystko co Ci kiedykolwiek powiedziałem innego. I właściwie nadal jestem bardziej niezależny, nawet na tym wózku. Uważam się za naprawdę szczęśliwego człowieka, jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało. Za naprawdę szczęśliwego, rozumiesz? Ze wszystkim, co mnie kiedykolwiek spotkało. Wiem, że nie rozumiesz, ale to nie szkodzi - kiedyś zrozumiesz. To, że ktoś cierpi, nie znaczy jeszcze, że jest nieszczęśliwy. To tylko świat tak myśli. Ale popatrz, jaki świat sam jest nieszczęśliwy i zastanów się, czy warto myśleć kategoriami tego świata.

Skończę już, bo ledwie siedzę. Moja pupa buntuje się przeciwko całej tej filozofii. Nie martw się niczym. Myślę, że trzeba robić co się może i nie martwić się o resztę.

Twój Andrzej

 

P.S. Nie wiem, czy to się wszystko trzyma kupy. Jestem śmiertelnie zmęczony. Marcin, ja jestem śmiertelnie zmęczony. Sam sobą i tym wszystkim. Zmiłuj się, pozwól mi odrąbać od siebie swój cień!

 

P.S. Chce mi się rzygać, kiedy myślę, że musisz grzebać się w moich gównach. Chciałbym upaść przed Tobą na kolana i błagać Cię o wybaczenie, ale nawet tego nie mogę! Kiedy zbliżasz się, aby mi pomóc, mam ochotę całować Cię po rękach. Nie wiem, czemu nigdy tego nie zrobiłem, wybacz prostakowi. Nienawidzę tej lękliwej ostrożności, jaką wymusza na mnie moje kalectwo. Nienawidzę swoich kikutów i tego, że musisz ich dotykać. Kiedy ich dotykasz, czasem myślę, że jesteś święta. W ogóle myślę, że jesteś święta! Kocham Twoją czułość, to naprawdę jedyne, co mi zostało w tym pieprzonym życiu. Onanizuję się co drugi dzień, żyć mi się nie chce na myśl, że już nigdy nie dotknę kobiety. Nie wiem co będzie z naszymi finansami, kiedy skończą się te pieniądze, które zarobiłem w RFN. I nie wiem. Nie wiem co jeszcze. Może to tylko, że nigdy nie żałowałem tego co się stało, to znaczy nigdy nie żałowałem, że pomogłem tamtemu chłopakowi. Naprawdę, wierz mi. Sam się sobie dziwię.

No i widzisz. Chciałaś wiedzieć o mnie wszystko.

Wybacz. Jestem niewdzięcznym skurwysynem.

 

 

... I żadna w tym zasługa. Tak jak nie jest zasługą drzewa to że rośnie.

Andrzej!

Dziękuję Ci za oba Twoje listy, jeśli można je nazwać rzeczywiście dwoma listami. Nie wiem wcale, czy taka zabawna jest ta nasza "korespondencja przez ścianę", dla mnie przynajmniej jest mało zabawna. Ten Twój drugi list, wiesz oczywiście, który mam na myśli, zrobił na mnie po prostu wstrząsające wrażenie. Ja się nie boję wstrząsających wrażeń, nie o to chodzi. Ale mówisz, że mnie znasz, i uważasz, że znasz samego siebie. Coś się tu chyba nie zgadza. Oczywiście, że mnie znasz, nie będę temu przeczyć, znasz mnie lepiej, niż własną kieszeń - i na pewno kiedyś znałeś mnie nawet lepiej, niż ja sama siebie. Może było tak nawet do niedawna. I wcale nie ma w tym nic mistycznego, bo ostatecznie wychowujesz mnie od szóstego roku życia i sam mnie sobie wykreowałeś, że tak to nazwę, zresztą na obraz i podobieństwo swoje własne. Ale zapomniałeś o tym, co sam mi mówiłeś, że człowiek jest procesem, a nie jakimś statycznym punktem, czy jak Ty to nazywasz. Po prostu - że człowiek nie krowa i że się zmienia. Przepraszam, brzmi to jakoś wulgarnie, ale niestety, nic na to nie poradzę, że Twoja "kurwa" zawsze brzmi o niebo subtelniej niż moja "krowa". A jeszcze poza tym, właśnie jestem na Ciebie wściekła, więc nie mam czasu bawić się w subtelności, bo chcę Ci w tym stanie jak najwięcej powiedzieć, a boję się, że mi zaraz przejdzie.

No więc chyba o tym zapomniałeś (o tym człowieku-nie krowie), bo ja się właśnie przed chwilą zmieniłam! I w dodatku, z punktu widzenia tej zmiany, dostrzegłam, że coś tu nie jest OK. - z tą Twoją odpowiedzialnością, znajomością mojej osoby i w ogóle! Bo mówisz, że Ci na mnie zależy, i w ogóle taki niby jesteś dobry i tak się o mnie martwisz. Ale niestety, chyba tak to nie jest, bo nie wziąłeś nawet pod uwagę, jak niesamowicie wstrząsające wrażenie może zrobić na mnie Twój list. Choć podobno mnie znasz i czytasz w moich myślach. Więc wygląda mi to na jedno: mówisz, żebym Cię olała, bo w gruncie rzeczy sam mnie olewasz! A ja Cię nie oleję i tak, i mam Cię w dupie!

Może to wszystko nie jest specjalnie logiczne, ale nic mnie to nie obchodzi. Bo mnie się wszystko i tak lepiej zgadza niż do tej pory.

Ty mi mówisz, że jesteś śmiertelnie zmęczony. To ja Ci powiem - ja też jestem śmiertelnie zmęczona! Bo od chwili przeczytania Twego listu, to znaczy od prawie sześćdziesięciu godzin, prawie wcale nie spałam, bo po prostu nie mogłam zasnąć. Ty byś powiedział na moim miejscu, że "troska o mnie spędza Ci sen z powiek". No i dobrze, niech Ci spędza. Bo wydaje mi się, że gdybyś się o mnie naprawdę zatroszczył, to właśnie wtedy dopiero mógłbyś spokojnie zasnąć.

Po przeczytaniu Twego listu byłam taka wstrząśnięta, że po prostu musiałam zostać sama, żeby się jakoś poskładać do kupy. Pomyślałam: niech sobie robi za tego górnika, jak mu tak na tym zależy, poszłam do Jurka i siedzę u niego, to znaczy w jego mieszkaniu, bo on wyjechał. Może to nie jest takie ważne - jasne! to jest zupełnie nieważne, w szczególności dla Ciebie! - ale chcę, żebyś wiedział, że przez cały ten czas nic nie jadłam, bo nic mi przez gardło nie przechodzi, choć tu jest kupa fajnego żarcia w lodówce. Natomiast wypiłam nie wiem ile kawy i wypaliłam Jurkowi chyba z pięć paczek papierosów - nie wiem, nie mogę się doliczyć. Ale nie martw się, to jakieś zachodnie, więc chyba się nie zatruję. Zresztą przepraszam, Ty się przecież nie martwisz. To dobrze, bo właśnie zaczęłam szóstą paczkę.

Siedziałam tu jak idiotka, ale ponieważ nie mam Twojego daru wymowy, nie jestem w stanie opisać, co się ze mną działo. Zresztą, jak wiesz wszystko o wszystkim, w co skądinąd nie wątpię, to i tak wiesz. Przyszła mi nawet do głowy taka idiotyczna myśl - zresztą może nie taka idiotyczna w tej sytuacji - żeby zadzwonić do Telefonu Zaufania i z kimś porozmawiać. Po prostu już naprawdę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nie miałam nadziei na żadne rewelacje, bo wiedziałam z góry, że Ty, razem ze swoim listem, jesteś dostatecznie rewelacyjny, żeby zapędzić w kozi róg nie jedną panią w Telefonie Zaufania, a dziesięć pań razem wziętych, a poza tym, co te panie mogły mi poradzić, co mnie ktokolwiek może powiedzieć nowego o Tobie. Ale po prostu chciałam usłyszeć czyjś głos. (Nie Twój!)

Nie mogłam się tam dodzwonić przez pół nocy, bo tam stale jest zajęte, a jak się wreszcie dodzwoniłam - odłożyłam słuchawkę. Nie, to ta pani pierwsza odłożyła słuchawkę, bo ja się nie odzywałam. Sprawiła mi tym wielką przykrość, bo choć sama bałam się odezwać, chciałam chociaż posłuchać czyjegoś milczenia. Zresztą, ściśle biorąc, ta pani odłożyła słuchawkę nie raz, a dwa razy - bo ja dzwoniłam dwa razy, i dwa razy się nie odezwałam. Prawdę powiedziawszy, nie mogłam się jej nadziwić - ja bym nie odłożyła tej słuchawki na jej miejscu. Naprawdę. Do tej pory nie mogę się nadziwić. Ale mniejsza o to. Jednym słowem, wszystko polegało na tym, że dzwoniłam do tego Telefonu przez całą noc - i albo było zajęte, i wtedy bardzo się niecierpliwiłam, albo nie było zajęte i się nie odzywałam. Nerwica jakaś sytuacyjna czy co, jak Boga kocham?!

Opisuję Ci to wszystko, bo jest zabawne. Co mi zależy, pośmiej się trochę. (Mówię poważnie, bardzo mnie to teraz rozśmiesza). Wreszcie te objawy nerwicowe ustąpiły na tyle, że zaczęłam bełkotać coś do tej słuchawki. Dosłownie bełkotać, bo byłam strasznie zdenerwowana, i ręce mi się trzęsły, i wszystko mi się trzęsło w środku. Nie mówię, że to Twoja wina, po prostu, coś mi się takiego stało, i miałam uczucie, że sama jestem temu winna, nie wiem dlaczego. No więc zaczęłam coś bełkotać - że mam brata, no i że mam tego brata, ale nic innego mi przez gardło nie przechodziło. Ta pani była chyba trochę zdegustowana, ale za to bardzo cierpliwa, co chwilę powtarzała "Tak? Słucham panią.", ale powtarzała to z takim wystudiowanym współczuciem, że od tego jeszcze gorzej się zaplątałam. Wreszcie, piąte przez dziesiąte, opowiedziałam jej coś o nas, że mojego brata wyrzucili z pociągu itd., ale czułam, że jestem zupełnie beznadziejna. Więc, może dlatego, ona też była beznadziejna. Stale powtarzała, że "to jest trudna sprawa", i że "no tak, to jest bardzo trudna sprawa", aż wreszcie sama zaczęłam jej współczuć. A potem powiedziała, że "sprawa jest trudna" i że następny dyżur będzie miała po dwudziestym, i żeby do niej wtedy zadzwonić. A że był właśnie siódmy czy ósmy (wszystko mi się dokładnie pomyliło w czasie), więc miałam dosyć taktu, żeby nic jej na to nie odpowiedzieć i na tym się pożegnałyśmy.

Ale na tym nie koniec. Może jestem głupia, myśl sobie, co chcesz, ale było mi tak smutno i źle, a właściwie jeszcze gorzej, że znowu zadzwoniłam do tego Telefonu Zaufania. Bo za chwilę znowu upłynęło parę godzin i zrobiło się już rano, a te panie w Telefonie Zaufania o ósmej rano się zmieniają. A ja naprawdę potrzebowałam pomocy i było mi już wszystko jedno. To znaczy, nie potrzebowałam rady, tylko żeby ktoś mnie wreszcie zrozumiał i pomógł mi zrozumieć samą siebie.

Ty piszesz, że nie wiesz, kto tu naprawdę potrzebuje pomocy - ja czy Ty. No więc powiem Ci, to proste. Każdy potrzebuje pomocy. Absolutnie każdy, nawet te panie w Telefonie Zaufania! I mówisz, że jeśli chcę Ci pomóc, to najpierw muszę pomóc sama sobie. No więc właśnie to robię! Zastanawiam się tylko, dlaczego Ty, przy tych wszystkich swoich sławnych zaletach serca i umysłu, jesteś takim cholernym egoistą. (Piszesz, że jesteś niewdzięcznym skurwysynem. A co mnie to obchodzi, że Ty siebie uważasz za niewdzięcznego skurwysyna?! Jesteś? To nie bądź!) Bo z tego, co piszesz, wynika, że ja muszę pomóc sobie, po to żeby pomóc Tobie? No to szkoda, że w żaden sposób nie wynika, że Ty musisz pomóc sobie, po to, żeby pomóc mnie!

No, ale dobra. Zadzwoniłam więc jeszcze raz do tego Telefonu Zaufania, i to już była totalna klęska. I dobrze mi tak! Bo, nie gniewaj się, ale ja zaczęłam czytać tej pani Twój list. A ta pani w ogóle na to nie zasługiwała. Zaczęła od tego, że zapytała, po co cała ta "wymiana listów", i że w ogóle byłoby najlepiej, żebym ja Ciebie olała (Twoja szkoła!), bo Ty jesteś "kaleka" i tak będzie dla Ciebie lepiej. A ja mam się zająć "własnym życiem". Więc bardzo długo jej tłumaczyłam, że właśnie zajmuję się przecież własnym życiem, ale ona się ze mną nie zgadzała i w ogóle była jakby zgorszona, że ja się tym wszystkim tak przejmuję. No więc, żeby jej jakoś pomóc, bo już wtedy zaczęło mi się robić jej trochę żal, postanowiłam przeczytać jej Twój list. Stale się niecierpliwiła, bo ja się trochę jąkałam nad tym listem, jakby nie rozumiała, jak trudno jest napisać taki list, już nie mówiąc o tym, że lewą ręką, i jak trudno jest go przeczytać obcej osobie. A jak doszłam do tego, że Ty masz wszystko w środku "pojebane", wiesz, to co pisałeś, poczuła się widocznie dotknięta, bo powiedziała, że ona nie rozumie, jak człowiek na poziomie może używać podobnego słownictwa. (No naprawdę, bez jaj!) Zupełnie mnie przytkało, że ona nie rozumie takiej prostej rzeczy (i że nie ma większych zmartwień w takiej chwili) i chciałam jej to wytłumaczyć, ale ona nic nie chciała zrozumieć i powtarzała, że "mimo wszystko, dałoby się to słowo jakoś zastąpić". Więc wreszcie się zdenerwowałam i mało brakowało, żebym jej rzeczywiście powiedziała jak!

Ale najgorsze było to, że ona stale strasznie się dziwiła, że mnie tak bardzo na Tobie zależy i w żaden sposób jej nie mogłam wytłumaczyć, że mi po prostu zależy i już. Bo to jest zbyt proste, żeby się w ogóle dało wytłumaczyć. A ona się dziwiła i dziwiła, aż wreszcie zapytała mnie, czy nas nie łączy "coś więcej". To znaczy, wiesz, czy my naprawdę żyjemy jak brat z siostrą. Najpierw to w ogóle do mnie nie dotarło, ale za to, jak już dotarło, to mi po prostu ręce opadły, no po prostu, ręce mi opadły i już! I wtedy właśnie zrozumiałam, że te panie z Telefonu Zaufania też potrzebują pomocy. I naprawdę, bardzo tej pani współczułam. I to było bardzo dziwne, ale coś takiego mi się stało na to wszystko, że się nagle zupełnie uspokoiłam. No po prostu poczułam się dziwnie spokojna. Zrobiło mi się jakoś lepiej i pomyślałam, że może w ogóle nie jest tak źle.

Cieszę się, bo już mi się odcisk zrobił na palcu od tego pisania, zawsze to jakieś zadośćuczynienie. Tak mi przykro, że Ci ręka drętwieje przy tej maszynie. Chyba masz rację, parszywe jest to życie! Zresztą nie wiem, może jednak nie jest takie parszywe? Ale świat jest pojebany, to fakt. Zresztą, sama jestem pojebana i, jak widać, niezbyt zrównoważona (ta pani powiedziała, że to jest "niezrównoważenie sytuacyjne" - czegoś jednak się od niej dowiedziałam), ale taką siebie lubię, więc co Ty się o mnie martwisz. Sam mówisz, że tak naprawdę, to uważasz się za szczęśliwego człowieka. "Ze wszystkim, co Ciebie spotkało". I w dodatku zapisujesz mi to w testamencie! Ja mam to niby "kiedyś" zrozumieć. Ja to już znakomicie rozumiem! Ty Głupi, Ty Ciemnowidzu. Więc daj mi, do cholery, prawo też uważać się za szczęśliwego człowieka! Ze wszystkim, co Ciebie spotkało.

No niestety. Już dawno mi przeszło. Przestałam być wściekła i nie wiem, co teraz będzie. Chyba znowu zacznę Cię wychwalać, albo skomleć o litość. Nie wiem czemu, czasem to jest silniejsze ode mnie.

Powiedziałeś mi we czwartek, wręczając mi tę swoją cholerną krwawicę, ten swój znakomity elaborat, że mój list do Ciebie przypomina raczej "wynurzenia porzuconej kochanki", niż jakąkolwiek rozsądną formę korespondencji. (Ty to masz gadane, jak Boga kocham! Ja Ci zazdroszczę. Ten szyk! Ten styl! Ta logika! Czekaj, ja Cię jeszcze zażyję.) No więc, po pierwsze, to Twoje krasomówstwo doprowadzi mnie chyba kiedyś do szału, a po drugie - co Ty się będziesz teraz o mnie martwił. Że ja siedzę z Tobą w tej zadymionej dziurze, że się identyfikuję i tak dalej. Trzeba się było o to martwić wcześniej! A teraz - to wiesz co ja Ci powiem? Że: serdecznie Cię proszę, no naprawdę, bardzo szczerze Cię proszę - olej mnie! Nie oglądaj się na mnie! A już w żadnym wypadku, uchowaj Bóg, nie zrób, co Ci serce dyktuje, bo serce Ci się każe obejrzeć! I przypomnij sobie przy okazji, że ostatecznie przez całe życie nic innego nie robiłeś, tylko uczyłeś mnie, jak się z Tobą identyfikować psychicznie, i szkoliłeś mnie na tego swojego "Marcina". Najpierw kazałeś mi brać do ręki jakieś paskudztwa, włazić na jakieś cholerne ostre przedmioty, do dziś pojęcia nie mam, co to było, i nigdy się nie dowiem, mam tylko taką "przykrą wizję", która mnie "nie opuści do końca życia", kazałeś mi jeździć konno, jak miałam okres, a jeszcze całkiem niedawno, jak nie wróciłam na noc do domu, napadłeś na mnie, jak rozjuszony byk, zanim w ogóle jeszcze zdążyłam otworzyć usta! A co potem zrobiłeś, to sam wiesz. No niestety. Nawet jak byłeś z tą swoją Baśką, to mi tak dawałeś popalić, że oddechu złapać nie mogłam. I wtedy jakoś się nie bałeś, że mnie od siebie "uzależniasz uczuciowo"?! Poza tym, przez całe życie służyłeś mi dobrym przykładem, pompowałeś we mnie te swoje idee o miłości bliźniego, niezależności wewnętrznej i tak dalej, nie pamiętam już, jak to dalej idzie teoretycznie, ale nie szkodzi, Ty i tak masz to obstukane. Więc teraz? Teraz nie bądź taki mądry. Naprawdę - równo Cię olewam. No niestety. Mówisz, żebym sobie poszła na piwko. OK. Ja pójdę na piwko, a Ty w tym czasie będziesz "odwracał się od samego siebie"! A gówno. Może byś tak zaczął od siebie? Przecież zawsze mi mówiłeś - zaraz, co to Ty mówiłeś - że poczucia krzywdy trzeba się wystrzegać, że błędu zawsze trzeba szukać w samym sobie? W swoim stanie świadomości? Czy coś w tym stylu. Właśnie - filozof to Ty jesteś! To ja Cię jeszcze raz zażyję. A pamiętasz, jak mówiłeś, że tylko ludzie zakłamani, czy jacyś tam, uważają, że: "Filozofia? - OK, to jedno. Ale życie? Życie to już całkiem inna sprawa" Dobra, nie będę Cię już katować. Sam się pokatuj. Chyba jednak zrobię sobie jakąś kanapkę, rzygać mi się już chce od tych papierosów.

Ale ten Jurek ma fajne żarcie! O rany, mam nadzieję, że wpadłeś na to, żeby zajrzeć do kuchni i zobaczyć, co się dzieje z tym kurczakiem?! Bo nie jestem pewna, czy ja go z tego wszystkiego nie zostawiłam na gazie. Ale mniejsza o kurczaka. Opowiem Ci, co było dalej.

No więc dalej było tak, że - uważaj, trzymaj się mocno! - znowu zadzwoniłam do Telefonu Zaufania. Na szczęście, tym razem trafiłam na jakąś miłą i sensowną panią, która bardzo się przejęła naszą sprawą, i w ogóle uważała, że my jesteśmy oboje nadzwyczajni. Ale wydaje mi się, że i ta pani nie wszystko w tym rozumiała, bo stale powtarzała, że to jest "taki dramat". No, ale powiedziała, że nasz związek jest unikalny, i nasza obecna sytuacja też jest unikalna, więc tu się nakładają na siebie dwie unikalne sytuacje. Mówiła to bardzo miło i wcale to tak głupio nie brzmiało. I w ogóle jestem jej wdzięczna, bo chociaż nic mi nowego nie powiedziała, zrobiło mi się od tego jakoś lepiej. Ja ją zresztą już od razu na początku uprzedziłam, że niczego szczególnego od niej nie oczekuję, bo nie chciałam, żeby się speszyła, jak nie będzie wiedziała, co mi powiedzieć. Bo po tych wszystkich telefonach (mam na myśli również te, kiedy się nie odzywałam) ja już naprawdę zrozumiałam, że sprawa jest trudna i że stawiam ludzi w głupiej sytuacji. Ale tej pani jestem naprawdę wdzięczna, i chyba jeszcze do niej kiedyś zadzwonię i jej podziękuję. A potem, jak już skończyłyśmy rozmowę, bardzo długo milczała, w ogóle nic nie mówiła przez kilka minut albo dłużej, i to również było bardzo miłe, i chyba to właśnie najbardziej mi pomogło.

Więc łaziłam po tej chałupie, zapisałam masę papierów, które wylądowały oczywiście w koszu "na śmierci", ze dwanaście godzin upłynęło mi na tym wyrzucaniu, no i oczywista, na studiowaniu Twojego znakomitego dzieła. Miałam już wszystkie możliwe myśli, włącznie z tą, że może rzeczywiście jestem Ci to winna. No bo: taki nieszczęśliwy, nigdy w życiu już nie dosiądzie konia, za to wali konia co drugi dzień...? No i w ogóle. Może naprawdę trzeba dać mu to błogosławieństwo... Może to tylko mój egoizm sprawia, że tak wszystko się we mnie buntuje na tę myśl? Albo te "stereotypy myślenia", co to ciągle o nich słyszę? Pomyślałam o tym, jak ciężko Ci sobie poradzić z czymkolwiek tą jedną ręką, jak musisz walczyć o każdy centymetr przy przesiadaniu się na wózek, i że właściwie nawet na tym wózku nie możesz za długo usiedzieć. Stanęła mi przed oczami ta scena sprzed roku, kiedy jeszcze w ogóle nic nie potrafiłeś ze sobą zrobić, i kiedy runąłeś na podłogę, próbując sam przesiąść się na łóżko. Podbiegłam wtedy do Ciebie, a Ty chwyciłeś mnie za rękę, aż myślałam, że mi połamiesz kości, i z taką bezsilną wściekłością, z taką straszną rozpaczą, że w ogóle nie wiem, z czym to porównać, jakimś obcym, zduszonym głosem krzyknąłeś do mnie: Dobij mnie! Marcin, zlituj się, dobij mnie!

Och Andrzej. Tak bardzo Cię kocham. Co ja na to poradzę.

No, ale do rzeczy. Do rzeczy, bo się rozkleimy.

Krótko mówiąc, jak zawsze, udało Ci się mnie zbajerować. No bo faktycznie - logicznie - tu taki kaleka - tu ten egoizm - a tu jeszcze te stereotypy? Jednym słowem, jak mówię, w pewnym momencie dałam się zbajerować i, dobra, pomyślałam, ma moje błogosławieństwo.

Ale w tym samym momencie, a właściwie jakby nie w tym samym, poczułam do Ciebie jakąś niechęć. I jakiś żal. Tak jakbyś Ty mi zrobił jakieś świństwo. Nie bardzo jeszcze wiedziałam, co się dzieje, więc odruchowo zaczęłam bronić się - a raczej Cię - przed tym uczuciem, ale ono nie ustępowało. I krótko mówiąc, co tu wdawać się w szczegóły - nie udało mi się przed nim obronić. Po prostu czułam, że coś jest nie tak. Że tu jakby o coś całkiem innego chodzi. I nagle coś takiego się ze mną stało, że bardzo dużo zrozumiałam w jednej chwili. Jakby wszystko naraz zrozumiałam. Zrozumiałam też to, co Ty mi mówiłeś - o tym uzależnianiu się od Ciebie, o tej porzuconej kochance i tak dalej. I w ogóle - przez chwilę miałam takie uczucie, jakbym nagle zrozumiała wszystko. Wszystko, co jest. Jakby wszystko co jest, otworzyło się na chwilę przede mną - i zamknęło. Ale coś we mnie z siebie zostawiło. I to coś wystarczyło, żebym nagle poczuła się tak, jakbym uwolniła się od nie wiem jakiego ciężaru. Żeby nagle to, co przedtem wydawało mi się tak zawiłe i trudne, stało się może nie łatwe, ale jakoś zupełnie proste.

Potem poszłam na spacer na Cmentarz Żydowski - musimy tam iść kiedyś razem, tam jest ekstra! - trochę sobie połaziłam, jeszcze trochę ryczałam, ale było mi dobrze. A potem wzięła mnie na Ciebie taka złość (a jednocześnie taka jasność tego, co mam Ci do powiedzenia), że pędem wróciłam do Jurka, bo przestraszyłam się, że mi przejdzie. I zaczęłam pisać do Ciebie ten list. I pisze mi się go tak łatwo i prosto, jak nigdy dotąd. Nie muszę się wikłać w jakieś słowa, w jakieś prośby o wybaczenie czy o zmiłowanie, w jakieś zawiłe i tragiczne argumentacje. Jest mi dobrze, a nawet wesoło, a kiedy pisałam pierwszą część tego listu, co drugie zdanie wybuchałam śmiechem. Może było to niezrównoważenie sytuacyjne, ale nie szkodzi. Masz rację, chyba brak mi piątej klepki. Czy Ty zawsze musisz mieć rację?

No, chyba muszę już po trochu kończyć, tęskno mi coś za naszym grobem. Naprawdę. Cieszę się już na samą myśl o drodze do domu. Ty tam też pewnie kiepsko beze mnie prosperujesz. Jak ja się cieszę, że znów Cię zobaczę! Dobra, mogę, jak Ty to mówisz, robić za tę "porzuconą kochankę". Za wujka, dziadka, ciocię-babcię, za wszystko cokolwiek sobie życzysz! I o Boże, nareszcie się wyśpię! Nie będziesz mi spędzał snu z powiek. Chamie Pospolity.

 

* * *

Mam do Ciebie jeszcze tę jedną sprawę. No więc tak:

To, co robię dla Ciebie, nie jest żadnym idiotycznym poświęceniem. Jestem do tego stopnia egoistką, o czym skądinąd doskonale wiesz, że już na samo słowo "poświęcenie" zbiera mi się na mdłości. Przepraszam, strasznie to fizjologicznie brzmi, ale ta pani z Telefonu Zaufania dobiła mnie widocznie do tego stopnia, że postanowiłam wyrażać się subtelniej. Tak! Więc się nie dziw.

Otóż jestem egoistką, czy nie jestem, bo to właściwie dokładnie na jedno wychodzi, ale - to co robię, robię dla siebie, a nie dla nikogo innego. No przysięgam Ci! Więc co ja właściwie dla Ciebie robię i o co Ci właściwie chodzi? To że się grzebię w Twoich gównach, jest czystą insynuacją. Jeśli coś tu przeoczyłam, to przepraszam, ale nadal mnie to nie wzrusza, bo już mówiłam, że ledwie wyszłam z pieluch, kazałeś mi różne paskudztwa brać do ręki. Więc teraz nie miej mi za złe, że mnie jest obojętne, w czym ja się grzebię.

Co do Twoich kikutów, to bardzo je lubię, a nawet, co tu dużo gadać, kocham je. Nie wiem dlaczego. Widocznie takie mam zboczenie. Z czego z kolei jasno wynika, że, niestety, nie jestem święta. No niestety.

Co do spraw finansowych (Nie dbam o chronologię. A co? Stać mnie na to!), to nie wiem, o co Ty się w ogóle martwisz i w ogóle nie chce mi się o tym gadać. Ale mam kilka dobrych pomysłów, jak pomnożyć Twoją krwawicę, więc: masz kłopot? - napisz do mnie! skoro tak Cię to już niepokoi.

Co do tego, że nie ośmielasz się mnie obciążać, prosząc mnie o zgodę, więc ośmielasz się mnie obciążać, prosząc o "wybaczenie i zrozumienie", to, jak sam widzisz, jest to w równej mierze OK., bo co to mnie za różnica?!

Co do mnie, to - jak widać. Po tym zabójczym maratonie, jaki sobie z Twoją pomocą zafundowałam, całkiem nieźle prosperuję. Co nie znaczy, że przedtem prosperowałam źle. Albo, że nie będę prosperować lepiej, jeśli tylko będzie mi się chciało.

Co do mojej przyszłości, przepraszam, "tak zwanej" przyszłości, to się nie martw. Bo jak się będziesz martwił, to Ci zrobię jakiegoś wnuka, i wtedy dopiero będziesz się martwił i robił z nim za górnika.

Co do sensu Twojego własnego życia, to sam się trochę pokatuj, bo ja już dość się nakatowałam całą tą filozofią i już i tak w piętkę gonię. Ale dla ułatwienia zapytowywuję: Jeśli Twoje życie ma nie mieć sensu, to jaki sens ma mieć jakiekolwiek inne życie? Musi być z tego jakieś wyjście. Jeśli nie ma wyjścia dla Ciebie, to nie ma go również dla nikogo innego i każdy równie dobrze może sobie w łeb strzelić. (A co, nie? Zabójcza logika.)

Dobra. Trzeba uderzyć w jakąś tragiczniejszą nutę.

Co do tego, że wszystko masz "pojebane", i co do wszystkiego, co z tego wynika:

Ale najpierw minuta milczenia. To znaczy, Ty sobie pomilcz, a ja pójdę zrobić siusiu.

Strasznie mi przykro z tego powodu. Aż boli mnie coś w środku, kiedy o tym myślę. Nie mogę i nigdy nie będą mogła patrzeć na to spokojnie. Przejść obok Ciebie obojętnie. Nie licz na to. Nie będą mogła, bo nigdy tego nie zechcę. Bo, może wiem, a może nie wiem dlaczego, mam uczucie, że to jest jakiś dar. Dar, który ja muszę - nie, nie muszę: chcę uchronić, nawet jeśli Ty sam go uchronić nie potrafisz. Nie myśl o tym logicznie, bo nic nie zrozumiesz. Po prostu słuchaj.

Ja nie będę już Ci mówić, że Cię kocham, ani Ciebie więcej o to pytać. Bo co to właściwie znaczy i co na ten temat można powiedzieć. Kiedy mówiłam tej pani z Telefonu Zaufania, że Cię kocham, że - po prostu - ja Cię kocham i to wszystko, ta pani zrozumiała, że nas musi łączyć "coś więcej". A przecież powiedziałam jej, że to wszystko, więc jak nas może łączyć więcej? A nawet gdybym była Twoją kochanką? Lub gdybym nią nie była? A cóż to może mieć za znaczenie i co to może kogo obchodzić. Mnie jest wszystko jedno, czy ja jestem, czy nie jestem Twoją kochanką! Czy Ty jesteś, czy nie jesteś moim bratem! Czy może jesteś, tak zwanym, zupełnie obcym człowiekiem! Mnie po prostu jest wszystko jedno.

Bo wszystko jest jedno. I kiedy człowiek to zrozumie, a właściwie poczuje, wtedy przestają mieć znaczenie wszystkie różnice, wszystkie słowa. Bo różnice są też tylko słowami. I dla kogoś, kto czuje to jedno, cóż to jest za różnica, czy Ty nie masz nóg, czy Ty masz cztery ręce? To tylko dla tych, którzy tego nie czują, którzy tego może dopiero szukają w zamęcie i zgiełku tego świata, liczą się te różnice, bo nie mogą się z nich jeszcze wyzwolić. Gdybyś miał te cztery ręce, byłbyś dla nich tym samym, czym jesteś teraz, z jedną. Tak samo by na Ciebie patrzyli.

Bo oni Ciebie naprawdę nie widzą, nie znają. I dlatego nie potrafią Cię pokochać. Bo znać i kochać - to jedno. I nie mogą Cię poznać, dopóki nie poznają samych siebie. A wtedy dopiero dostrzegą, że między nimi a Tobą nie ma żadnej różnicy. Więc teraz patrzą na Ciebie z litością - bo teraz sami są godni litości! I dlatego, wszystkie te słowa, które oni stworzyli - poświęcenie, dobroć, miłosierdzie, obowiązek - też są godne litości. Bo są zaledwie jakimś ustępstwem na rzecz innego człowieka, jakąś maską. Zaprzeczeniem tego jednego, co się liczy naprawdę. Co jest tym, czym jest i nie potrzebuje siebie nazywać.

Świat jest pojebany, to fakt. Ale świat to jeszcze nie jest życie. Życie nie jest pojebane, i tak naprawdę to nie można życia pojebać. Można tylko pojebać samego siebie. Dlatego to, co się z Tobą stało, to nie jest jeszcze żaden "dramat". Dramaty są całkiem czym innym, a może w ogóle nie istnieją. Sam piszesz, że dramatyczne są tylko nasze uczucia. A my jesteśmy czymś więcej, niż uczuciami, tak samo, jak czymś więcej, niż inteligencją. A może jesteśmy nie tylko czymś więcej, ale i czymś zupełnie innym.

A jednak pomyślałam jeszcze raz to słowo... Jestem Ci wdzięczna, Andrzej. Jestem Ci wdzięczna, bo Cię kocham. To Ty nauczyłeś mnie miłości. Czy raczej, ja sama się jej nauczyłam przy Tobie. A może nie musiałam się jej uczyć, może musiałam ją w sobie tylko odkryć, odnaleźć. Ale odkryłam ją właśnie poprzez Ciebie. I teraz, we wszystkim, co kocham, kocham Ciebie - a w Tobie kocham wszystko, co jest. I nie może być inaczej.

Jestem Ci wdzięczna. Jestem wdzięczna Twemu kalectwu. Za to, że pozwoliło mi tyle zrozumieć. Za to, że potrafiłam je pokochać. Myślę na ten temat wiele rzeczy, a właściwie one same się we mnie myślą. A wszystkie są dobre. Słyszysz?! Coś we mnie płacze, jak to piszę, a jednak - wszystkie te rzeczy są dobre. I nie jest nawet takie ważne, choć i to jest ważne między innymi dobrymi rzeczami, że uratowałeś dzięki temu czyjeś życie. A właściwie nie uratowałeś czyjegoś życia, bo tylko ten ktoś może swoje życie uratować. Ty uratowałeś dla niego tę szansę. Znowu płaczę, ale mniejsza o to.

I jeszcze ostatnia sprawa. Prosisz mnie o wybaczenie. Nie wiem, co Ci na to odpowiedzieć. Jest ostatnią rzeczą, jakiej pragnę, żebyś, jeśli już podejmiesz taką decyzję, odchodził, lękając się, że coś jest między nami nie tak. Wszystko jest tak. Wybaczam Ci. Wybaczam Ci, Andrzej, z całego serca. Ale tak naprawdę to ja tego nie czuję. Mówiłeś, że każdy potrzebuje wybaczenia i że każdemu jesteśmy winni wybaczenie. Że po prostu, wszyscy jesteśmy winni. Ja też myślę, że tak jest, ale ja tego nie rozumiem. Dla mnie to są tylko słowa. To jest tak, jak z tym poświęceniem. Ja chyba dla nikogo nie potrafię się poświęcić, a cóż dopiero dla Ciebie! I tak samo nie potrafię Ci wybaczyć. Bo ja czuję tylko jedno - że Cię kocham, i że jestem Ci wdzięczna. I to wszystko. I żadne poświęcenie czy wybaczenie nie ma tu nic do rzeczy. We mnie po prostu nie ma na nie miejsca. I kiedy to wszystko czuję, myślę sobie, że nieważne, czy jest Bóg. I w dodatku, wtedy dopiero naprawdę czuję, że on jest.

Andrzej, mnie się wydaje, że myśmy wszyscy się strasznie zaplątali w jakichś słowach. Mnie się zawsze wydawało, że ja rozumiem te słowa, chociaż zawsze mi się coś nie zgadzało. Teraz ja nie rozumiem tych słów i nie rozumiem, co one znaczą. Tak naprawdę, to nikt ich chyba nie rozumie, wszyscy je tylko powtarzają i chowają się za nimi, jakby umówili się, że grają w jakąś grę. I od tego wszyscy są nieszczęśliwi. To od tego wszyscy są nieszczęśliwi! A w dodatku, to jest takie zupełnie proste i można to zrozumieć w jednej chwili. Tak jak ja to w jednej chwili zrozumiałam. Zrozumiałam wszystko. Wszystko, co jest. To się otworzyło przede mną i zamknęło, ale ja już nigdy tego nie zapomnę. Ty mówisz, że czasem Ci się wydaje, że wiesz wszystko o wszystkim. I rozumiem nawet, co Ty masz na myśli, ale to jest nie tak. Ty po prostu jesteś zmęczony cierpieniem i kiedy tak mówisz, chcesz powiedzieć, że wiesz wszystko o cierpieniu. Ale o cierpieniu też nie wiesz wszystkiego. Bo gdybyś wiedział wszystko o cierpieniu, wiedziałbyś rzeczywiście wszystko o wszystkim. Bo wystarczy wiedzieć wszystko o jednej rzeczy, żeby wiedzieć wszystko o wszystkich pozostałych. I wtedy właśnie się dostrzega, że wszystko jest dobre, że nie ma żadnych złych rzeczy. Ja sama tego nie rozumiem, ale nie muszę rozumieć, bo to czuję.

Andrzej, ja nie pragnę, żebyś Ty żył za wszelką cenę. Zresztą, co to właściwie znaczy - żyć za wszelką cenę. To znaczy - za jaką cenę? Jeśli za cenę cierpienia, to ta cena, za którą żyjesz Ty, jest większa niż ta, za którą żyję ja. Tego zresztą też nie można powiedzieć na pewno. Może nie jest ona ani większa, ani mniejsza, może po prostu inna? Ale jeśli tak jest, jeśli Twoja cena za życie jest większa, to czy to się nie równa temu, że Twoje życie ma większą wartość?

Nie wiem. Bo ja w ogóle bardzo mało wiem. Ty na pewno wiesz więcej. Napisałam to wszystko tak, i właściwie nawet nie wiem jak, żeby Ci może w czymś pomóc. A jedyną rzeczą, którą znam, jest ta, o której już nie będę mówić. Zresztą i jej nie znam naprawdę. A może właśnie - jej przede wszystkim.

Kiedy myślę o tym, że mógłbyś coś ze sobą zrobić, aż wszystko się we mnie kurczy na tę myśl. Ale ja mogę tylko wierzyć. Wierzyć, że tego nie zrobisz. I wierzę, że tego nie zrobisz.

Słyszysz?! Słyszysz, Chamie Pospolity?! Ja wierzę, że tego nie zrobisz! O Boże. Wierzę, że tego nie zrobisz.

 


... Wróć do domu, Moja Dziewuszko. Zawiniłem, ale nie wydawaj mnie dłużej na torturę niepokoju. Nie ma Cię już trzecią noc, chodzą mi po głowie najpotworniejsze myśli. Trochę źle to obliczyłaś w czasie, nie mam już tych samych nerwów co dawniej.

Miałaś rację, że powinniśmy więcej ze sobą rozmawiać. Obiecuję - będę z Tobą rozmawiał dniami i nocami, do oporu. Miałaś rację, więcej pychy jest niż męstwa - w tym, że nie potrafię się rozpłakać. Zobaczysz, będę jeszcze ryczał jak bóbr, obawiam się, że już jestem tego bliski. Jeśli chciałaś mnie przez to czegoś nauczyć - już mnie nauczyłaś. Był moment, kiedy błagałem Boga, by pozwolił mi położyć pod topór i tę swoją jedyną rękę - gdyby miało Cię to przed czymś uchronić. Gdyby miało mi to Ciebie oszczędzić.

I przeraziłem się, jak wiele jeszcze mam do stracenia. I wtedy pomyślałem sobie nagle, że może nie tylko Ciebie mam do stracenia. Że może mam do stracenia jeszcze wszystko.

A więc i wszystko mogę jeszcze ocalić.

POMÓŻ MI TO OCALIĆ.

 

 

© Joanna Usarek
=============================
E-publishing LiterNet, 17.09.2001, No 9 (22)

Other publications:
Publishing R&S-Publika, 1999.
http://www.literatura.net.pl